Między życiem a śmiercią

Ten Adwent, choć krótki, zdążył już być wyjątkowy. W ciągu tych trzech tygodni nagle zmarła na raka moja znajoma jeszcze z czasów studiów w Warszawie, na roratach u dominikanów z wielkim tłumem wspominałam o. Jana Górę, w drugą rocznicę jego śmierci, a przede wszystkim wraz z całym moim Zgromadzeniem przeżywałam odejście Marioli Vera, która przez ostatnie miesiące walczyła z białaczką. Sposób jej przeżywania choroby pokazuje jak mocno żyła zjednoczona z Jezusem, który był blisko niej do końca. Na naszej stronie znajdziecie list, który napisała do hiszpańskiej Prowincji kilka dni przed swoją śmiercią.

Wszystkie te rozważania przypomniały mi symbolikę często używaną podczas pisania ikon. W scenie Narodzenia mały Jezus owinięty jest w sposób, w jaki dawniej chowano zmarłych albo nawet leży w czymś co przypomina trumnę lub grób. Oddawać to powinno prawdę, że Jezus narodził się, aby umrzeć, a umarł po to, żebyśmy mieli życie. Te dwie tajemnice – życia i śmierci – wzajemnie się przenikają i uzupełniają. To paradoks, który towarzyszy całemu Wcieleniu, bo kiedy Wszechmocny Bóg staje się bezbronnym dzieckiem, czujemy, że wymyka się to naszemu ludzkiemu pojmowaniu rzeczywistości.

Chyba szczególnie w te dni uświadamiam sobie, że memento mori, to nie słowa, które mają nas straszyć wiecznym piekłem, ale które mają ustawiać nasze życie w odpowiednim świetle. Św. Ignacy, jako jedną z metod podejmowania decyzji, proponuje wyobrażenie sobie siebie w chwili śmierci i zadania sobie pytania, co byłoby najlepszym wyborem patrząc z tej perspektywy. Może więc dobrze spojrzeć na nadchodzący czas pod kątem wieczności. Czy dalej mieć będzie znaczenie, że będą uszka do barszczu i wyprane firanki? A może coś całkiem innego wyłoni się wtedy z naszych priorytetów?

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Refleksje z życia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *