Habit zamiast szminki #12 – posłanie i niegasnąca nadzieja

Ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam wśród rozmówczyń do książki Siostrę ze Zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi. Miałam okazję kilka z nich poznać na studiach i wszystkie to bardzo równe babki 😉 Wywiad z Siostrą Urszulą Brzonkalik przeczytałam z ciekawością, bo opowiada o tym, co jest dla mnie szalenie ważne w życiu zakonnym – gotowość zostawienia swojego wygodnego i bezpiecznego życia, żeby całkowicie poświęcać się dla tych, do których Pan Bóg nas posyła. Oto kilka ciekawych dla mnie wątków związanych z pracą w Aleppo. Jak zwykle zachęcam do przeczytania całego wywiadu w książce 🙂

Co sprawiło, że w ogóle zgodziła się Siostra na wyjazd do Aleppo, jednego z najbardziej zapalnych w tej chwili regionów na świecie?

Tu jest kilka kwestii, które należy poruszyć. Po pierwsze, jestem siostrą i jestem misjonarką. Sądzę, że to już wystarczająca odpowiedź. Owszem, był moment, kiedy górę wziął lęk, bo uświadomiłam sobie, że przecież tutaj chodzi o moje życie. Pamiętam, że w tym czasie milion razy słuchałam piosenki nawiązującej do Ewangelii św. Jana: „Przepasz mnie i poprowadź, dokąd ja nie chcę pójść”. Ona gdzieś wypłukiwała z mojego serca niepokój, bo nie mogę powiedzieć, że go nie było. Później były wspomniane trzy miesiące sesji w Ziemi Świętej zakończone rekolekcjami. Dla mnie słowo „posłanie” urosło tam do słowa klucza mojego życia. Na nowo uświadomiłam sobie, że moje życie jest w rękach Boga i cokolwiek by się stało, On mnie poprowadzi. W tym momencie decyzja była jasna. Pojechałam do Aleppo z ogromnym spokojem i naprawdę to dotychczasowe półtora roku nie zmąciło tego spokoju. Cieszę się, że jutro wracam. Po drugie, oprócz relacji z Syrii prezentowanych w mediach, zwłaszcza w telewizji, jest jeszcze inna strona tego konfliktu, której media już nie relacjonują. Aleppo to ogromne miasto. Żeby to mniej więcej zobrazować, wyobraźmy sobie na przykład, że w Warszawie teraz całą Pragę zajęło Państwo Islamskie, cały Żoliborz Front al-Nusra, a my tu, gdzie teraz rozmawiamy, załóżmy, że znajdujemy się po stronie rządowej. Jest to zatem duża przestrzeń, gdzie spadają bomby, gdzie ludzie nie mają co jeść, ale w cudzysłowie toczy się także jakieś życie. Kiedy decydowałam się na wyjazd, dobiegał końca czwarty rok wojny. Od początku miałam bezpośredni kontakt z siostrami, które w Aleppo przeżywały tę wojnę. Wiedziałam, że jest trudno, ale równocześnie spotykałam siostry, które wyjeżdżały z Aleppo, opowiadały o panujących warunkach i wracały tam. Wiedziałam więc, że jakieś życie tam się tli.
Kiedy przyjechałam do Polski na urlop, doceniłam wagę rozmów z osobami, które przeżyły drugą wojnę światową. Wiedziałam, że ci ludzie mnie zrozumieją. Nikt nie twierdzi, że było to łatwe, ale jednak miliony Polaków przeżyły. Opowiadają koszmary o tym, co się działo. Ale faktem jest, że przeżyli. Ja też mogę opowiedzieć koszmarne historie z Aleppo, ale ważniejsze jest dla mnie to, że istnieje tam jakieś minimum egzystencji. Nie jest łatwo przepędzić cztery miliony mieszkańców. Owszem, wielu uciekło, ale wiele osób wciąż tam żyje i mieszka. I o tym nie należy zapominać.

Co musiałoby się stać, żeby trzeba było zamknąć dom i by podjęły Siostry decyzję o opuszczeniu Aleppo?

Gdyby było tak, jak jest po drugiej stronie miasta, to rzeczywiście nie byłoby absolutnie żadnego sensu, by wracać do Aleppo. Do parafii, z którą współpracuję, należą ludzie, którzy wcześniej mieszkali po drugiej stronie miasta. Oni doskonale pamiętają noc, kiedy w dosłownie jednej koszuli, tak jak stali, uciekli przed rebeliantami, zostawiając wszystko, co mieli. Nie ma mowy w tej chwili o powrocie do tamtego miejsca. To, co pokazują media, czyli obrazy, na których widać, że samoloty bombardują część, gdzie są rebelianci, i że tam jest właściwie wszystko zrównane z ziemią, są zgodne z prawdą. Byłoby zupełnym bezsensem iść tam, nawet nie szaleństwem, tylko bezsensem. Bo to jest na razie rejon, w którym człowieka czeka pewna śmierć. Nie ma się nawet nad czym zastanawiać. Tam na pewno nie mogłybyśmy żyć i pracować. Ale jest jeszcze druga część tego miasta i są ludzie, którzy często z własnego wyboru nie wyjechali. Jedni nie mieli dokąd pojechać, a inni, tacy jak inżynierowie, lekarze, farmaceuci, którzy mają dziś po czterdzieści, pięćdziesiąt lat, zostali z obawy, że ich dyplom za granicą nie zostanie uznany. Poza tym tu są kimś, mają swoją klientelę, tu ludzie ich szanują. Ci ludzie zostali i potrzebują podtrzymania. Ja jeżdżę regularnie na rady prowincjalne do innych krajów i właściwie mogłabym co dwa miesiące podjąć decyzję, że nie wracam do Aleppo, że to za trudne, że to mnie przerasta. Ale na razie uważam, że nie jest to moment, by wyjeżdżać. Owszem, bywa ciężko. Zdarza się, że kiedy droga jest zamknięta, tygodniami jesteśmy uwięzione w klasztorze bez realnych perspektyw choćby na dostawę żywności. Ale później, czasem po upływie kilku tygodni, droga się otwiera. Wie pani, chciałabym jeszcze pożyć i mam w głowie trochę planów, ale kiedy idę ulicą w Aleppo i spotykam parę młodych ludzi z niemowlakiem na rękach, to myślę sobie: jaką odwagę muszą mieć ci ludzie? I gdzie ja w tej sytuacji miałabym się wybierać? Oni żyją i my żyjemy. Oczywiście, wszystko zdarzyć się może, ale mam nadzieję, że nie będziemy zmuszone do rozważania opcji: zostajemy czy nie. Proszę sobie wyobrazić, że jezuici zamknęli na jeden dzień kuchnię po tym, jak dwieście metrów od naszego klasztoru zbombardowano szpital położniczy. Zamknęli ją tylko na jeden dzień, a w świat poszła wiadomość, że jezuici wyjechali z Aleppo. Już na drugi dzień otrzymałyśmy wiadomość od matki generalnej: „Siostry, czy naprawdę chcecie zostać? Przecież jezuici wyjechali”. Na co odpowiedziałyśmy: „Ale przecież kuchnia już dymi od rana” (śmiech). Nie można na podstawie jednego dramatycznego faktu podejmować decyzji, która pociągnęłaby za sobą niesamowite konsekwencje. No bo co nagle miałoby się stać z ludźmi, którzy odbierają u nas dziesięć tysięcy posiłków dziennie? Albo dokąd z dnia na dzień w połowie roku akademickiego miałyby się udać moje studentki

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Habit zamiast szminki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *