Przeprowadzka

Pakowanie to bardzo znana mi czynność. Po raz trzeci przeprowadzam się od kiedy wstąpiłam do zakonu, a wcześniej robiłam to już niezliczoną ilość razy. Dźwięk rozwijanej taśmy i składanych pudełek powoduje, że przypominają się różne etapy mojego życia. W tym roku zwróciłam jednak szczególną uwagę na pewną pokusę, która się pojawia. Kiedy wyciągam z szafki stosy papierów i rzeczy, o których istnieniu nawet nie pamiętałam, cichy głosik podpowiada mi: „nie ma co przeglądać, pakuj wszystko”. Niby niewinna sprawa, bo przecież nawet kilka dodatkowych pudełek zmieści się do samochodu i przewiozę je do Poznania. Potem przy rozpakowaniu pewnie pojawi się się podoba myśl: „nie ma co przeglądać, wrzucaj na półki”. Problem wcale nie jest w tym, że będę miała mniej miejsca na półkach, ale w tym, że zwolnię się z myślenia o tym co mi w zasadzie jest w życiu potrzebne – jako kobiecie, chrześcijance, a w końcu zakonnicy. Co będzie mi potrzebne do misji, a co mogę zostawić za sobą, bez zbędnych sentymentów. Co pomoże mi w zbliżaniu się do Jezusa, a co powoduje, że po cichu się od Niego oddalam.

Wydaje się, że dużo gorzej może być, jeśli takich podszeptów posłuchamy w naszym życiu duchowym. Może się okazać, że Pan Bóg odkrywać będzie w nas obszary, których dotąd nie znaliśmy, a my stwierdzimy, że lepiej do nich nie zaglądać. Możemy w ten sposób przez lata nieść ze sobą ciężki worek nierozwiązanych spraw, niewyjaśnionych kłótni, nieodkrytych pragnień i nieuświadomionych żali. Tylko po co?

Może właśnie dlatego lubię pakowanie – jeśli nie ulegnę nieżyczliwym głosom w głowie, jest to doskonała okazja, żeby pozbyć się tego, co zamiast dawać życie, stało się zbędnym balastem. Tylko czy wystarczy mi odwagi? W końcu zawsze jeszcze „mogą się przydać”.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii, Refleksje z życia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *