Habit zamiast szminki #4 – otwartość i inkulturacja

Siostrę Cecylię ze Zgromadzenia Misjonarek NMP Królowej Afryki miałam okazję poznać już 8 lat temu, kiedy pierwszy raz wyjeżdżałam do Kenii. Od tamtego czasu sporadycznie się spotykamy przy różnych okazjach i zawsze są to przemiłe spotkania 🙂 Siostry Białe to wyjątkowo pokrewne nam dusze! Gdyby moje serce bardziej przechyliło się w kierunku misyjnym, pewnie właśnie u nich bym się odnalazła. Rozmowa z s. Cecylią jest cała fascynująca, szczególnie dla osoby, która w Afryce zostawiła kawałek swojego serca 😉 Z trudem wybrałam dwa pytania i zachęcam do przeczytania całości!

Czy to właśnie orientacja na Afrykę powinna być zasadniczym rysem przyszłej kandydatki?

Ja bym powiedziała, że dużo istotniejsza jest orientacja na drugiego człowieka. To jest bardzo ważne. Kandydatka musi być otwarta na drugiego człowieka, a ten drugi człowiek to nie zawsze będzie katolik. To może być nasz niewierzący sąsiad czy Afrykańczyk. Jesteśmy posłane, by z każdym człowiekiem rozmawiać. Gdyby siostra biała odpowiadała na pozdrowienie tylko ludziom wierzącym, a resztę traktowała jako gorszą część ludzkości, to by znaczyło, że ewidentnie coś nie gra. W przypadku nas, misjonarek, relacje z drugim człowiekiem powinny być decydujące. Od tego, czy mamy taką relację, niezależnie, czy będzie to chory w szpitalu, trędowaty, bezdomny na ulicy, kobieta z dzieckiem czy nasz przyjaciel, zależy, czy będziemy w stanie przekazać mu wartości, którymi same żyjemy i które mogą stać się wartościami także dla tego człowieka. Miałyśmy kiedyś tutaj, w Lublinie, sąsiada, już świętej pamięci, który często mówił do mnie: „Jestem niewierzący, ale bardzo was lubię i szanuję”. Nasza znajomość zaczęła się od tego, że mówiliśmy sobie „dzień dobry”. Z czasem zaczął przynosić nam kwiaty do kaplicy albo ryby na wigilię. Docierało do mnie później, że mówił o nas: „Znam siostry, które są normalne, nie odgradzają się, rozmawiają z innymi”. Kiedyś zasugerował mi nawet, że powinnyśmy chodzić po domach niczym świadkowie Jehowy, żeby wielu ludzi mogło nas poznać (śmiech). Ale tak serio, wszystko zaczyna się od małych rzeczy, od szacunku i wzajemnej życzliwości. Od tego, żeby dla własnej wygody nie ucinać kontaktu z drugim człowiekiem. To są proste rzeczy, które wydają mi się konieczne.

Czym jest tak zwana inkulturacja? Jak powinno „przekładać się” chrześcijaństwo na kulturę i obyczajowość danego kraju?

Kiedyś w zgromadzeniu czytałyśmy książki i miałyśmy całe sesje poświęcone inkulturacji, czyli temu, jak wejść w świat drugiego człowieka z poszanowaniem jego lokalnych tradycji. Myślę jednak, że nie o wykład w tym miejscu chodzi. Odpowiem, jak to rozumiem, odwołując się do kilku historii, które przeżyłam w Afryce.

Pewnego razu wykonywałam opatrunek mężczyźnie, który trafił do szpitala. W gabinecie zabiegowym wisiał krzyż. W pewnym momencie mężczyzna zapytał mnie, pokazując na krzyż: „Czy on coś ukradł?”. Odpowiedziałam, że nie, że on z miłości do ludzi przyszedł na świat. Na co słyszę: „Jak to przyszedł? Z nieba, czy urodził się na ziemi?”. Odpowiadam, że urodził się na ziemi, w Betlejem. Mężczyzna znów pyta, czy taka wioska jest na mapie? Odpowiadam, że tak. Dla tego mężczyzny ten nasz dialog, pewnie kompletnie niezrozumiały dla Europejczyka, to był jakiś kosmos. Z czasem ten człowiek trafił na katechezę, a później przyjął chrzest.

Inna scena ze szpitala. Kiedyś podczas mojego dyżuru zjawił się mężczyzna, który na rowerze przywiózł zupełnie nieznanego sobie nieprzytomnego człowieka. Powiedział, że był w drodze do sąsiedniej wioski, kiedy przy drodze zobaczył rower i leżącego człowieka. Zostawił mi go i stwierdził, że wróci jeszcze po jego rower. Ten pacjent był nieprzytomny, od razu wiedziałam, że ma wysoką gorączkę i malarię. Podłączyłam mu leki i czekałam na powrót tamtego mężczyzny, żebym – gdy oprzytomnieje – mogła udzielić pacjentowi informacji, kto go tu doprowadził. Ten mężczyzna, jak obiecał, wrócił z rowerem. Zapytałam, jak ma na imię. W Afryce imiona wiele znaczą. Po samym imieniu można rozpoznać, czy ma się do czynienia z wyznawcą religii tradycyjnej, z muzułmaninem czy chrześcijaninem. Ten człowiek był wyznawcą religii tradycyjnej. Pewnie nigdy nie słyszał opowieści o miłosiernym Samarytaninie, a jednak postąpił jak on.

I może ostatnia historia. Mieszkałam kiedyś w wiosce zabitej dechami, liczącej około sześciu tysięcy mieszkańców. Do najbliższego dużego miasta miałyśmy ponad czterysta kilometrów. Jest Wigilia, siostra z młodzieżą przygotowała inscenizację Bożego Narodzenia. Noc, ciemno, kościół pokryty słomą, a w kościele wiele przypadkowych osób, także wyznawców religii tradycyjnej. Ludzie wiedzą, że w wiosce jest kościół i jakieś białe zakonnice, ale nie bardzo wiedzą, z czym to się je. Przychodzą z ciekawości. Młodzież zaczyna odgrywać scenę, w której Józef i Maryja szukają miejsca, gdzie Maryja mogłaby urodzić, i spotykają się z odmową. Nagle na środek kościoła wychodzi kobieta i mówi do wszystkich: „Wiecie co, to się naprawdę nie godzi. Wy tutaj macie duże domy, a nikt z was nie chce przyjąć tej kobiety. Jeśli nie chcecie, to ja ją przyjmę”. Ktoś za chwilę podchodzi do tej kobiety i tłumaczy, że to tylko przedstawienie. Dlaczego o tym mówię? To jest właśnie inkulturacja. Docieranie do ludzi na ich poziomie, w sposób dla nich przystępny i zrozumiały. Dla mnie najbardziej zdumiewające w takich zdarzeniach jest to, że ludzie, którzy inscenizację Bożego Narodzenia oglądają niczym bajkę i nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, mają w sobie odruchy, które nakazują im być dobrymi czy bezinteresownymi. Dla mnie jako misjonarki to jest dowód na to, że człowiek niezależnie od obecności misjonarzy nosi w sobie prawo, które nakazuje mu słusznie postąpić.

I jeszcze wywiad radiowy. Polecam 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii Habit zamiast szminki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *