Cierpienie prowadzące do życia

stopkiOstatnia dyskusja o aborcji powoduje we mnie wiele emocji. Z jednej strony wydaje się to dyskusją niejako akademicką nad wartością życia, jego początkiem, moralnością zabijania. Z drugiej strony ton, w jakim odbywa się dyskusja jest dla mnie niezwykle zasmucający, bo mam wrażenie, że obie strony reagują bardzo agresywnie i za wszelką cenę chcą uderzyć w przeciwnika.

Do tej pory stałam na stanowisku, że dyskusja o aborcji nie jest dyskusją, w którą trzeba mieszać wiarę. To że wiele osób tłumaczy wiarą swoją chęć obrony życia nie jest dla mnie argumentem. Uważam, że każdy człowiek, bez względu na źródło swojego wewnętrznego prawa moralnego, powinien bronić życia i nie godzić się na jego odbieranie innym. Przecież nikt z nas chyba nie popiera morderców? A jednak w przypadku aborcji się rozmijamy. I nie chodzi tu o kobiety, które faktycznie się na aborcję decydują, bo podobnie jak pod wpływem silnych emocji można kogoś zabić na ulicy, tak i w tym wypadku możemy się decydować na pochopne decyzje. Tylko, że aborcji bronią ludzi, którzy się w takiej sytuacji nie znaleźli, którzy próbują udowadniać, że aborcja jest lepszym wyjściem. Jeśli nie dobrem wprost, to przynajmniej mniejszym złem. Do tej pory wydawało mi się, że to kwestia definicji życia, szukania początku człowieka. Dziś zmieniłam zdanie.

W dyskusji z moją niewierzącą znajomą dobrnęłyśmy do miejsca, w którym pojawił się temat cierpienia. Wtedy wiele zrozumiałam i zorientowałam się, że właśnie w tym miejscu nie możemy tej dyskusji oderwać od wiary. Człowiek niewierzący nie jest w stanie zrozumieć sensu cierpienia. Dla niego lepiej jest umrzeć niż cierpieć. Stąd możemy przez eutanazję ludziom pomagać i przez aborcję ratować dzieci przed życiem w chorobie, trudnym dzieciństwem, ojcem gwałcicielem. Wtedy te wszystkie argumenty zaczynają mieć logiczny sens, bo ileż cierpienia oszczędzone jest też rodzicom, którzy tego dziecka nie chcą, którzy mieliby narażać swoje zdrowie…

Tylko dla osoby wierzącej cierpienie ma głęboki sens, bo Chrystus uświęcił cierpienie, sprawił, że możemy je przemieniać w łaskę, możemy się nim modlić. Pisałam o tym niedawno. Wczoraj w Falenicy zmarł o. Jerzy Zakrzewski SJ. Człowiek, który był przez ostatnie lata prawie całkowicie sparaliżowany, o którym miałam okazję słyszeć wiele ciepłych słów. Zarażał innych swoją wolą życia i radością. Wielka to strata dla jezuitów… Pisał on pięknie o swoim cierpieniu, które przemienia, oczyszcza, które pokazuje, że wszystko jest darem. Tym właśnie człowiek różni się od zwierzęcia, które próbujemy od cierpienia uchronić. Człowiek przez cierpienie może wzrastać, może zmierzać ku życiu.

Informacje o s. Ewa Bartosiewicz RSCJ

Jestem zakonnicą ze Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa (Sacre Coeur). W 2015 złożyłam swoje pierwsze śluby zakonne i pracowałam jako katechetka w jednym z gimnazjów w Gdyni. Obecnie mieszkam w Poznaniu i zajmuję się duszpasterstwem powołań.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Refleksje o Bogu. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 Responses to Cierpienie prowadzące do życia

  1. rafi pisze:

    Tak, dokładnie…

    To są potwornie głębokie pytania. O sens życia. Dla mnie niesamowitym odkryciem było to, że moje życie jest darem Bożym. Z miłości. Wszystko, co Bóg mi daje w życiu, to jest Jego nieskończona miłość, Jego dobroć. Bóg pragnie mojego szczęścia. Mój koniec – jest w niebie. To mi pozwala patrzeć na wszystko co mnie spotyka – z nadzieją. Moją nadzieją jest On. Ufam, że Bóg mnie nigdy nie zostawi, nigdy mnie nie opuści. Nie wyobrażam sobie, jak moje życie wyglądałoby bez wiary. Mam poczucie, że ludzie niewierzący muszą być bardzo nieszczęśliwi. Albo są szczęśliwi do czasu, kiedy pryskają ich złudzenia, pojawia się jakieś cierpienie. Czuję się szczęśliwy właśnie z tego powodu, że jestem osobą wierzącą. Że mam komu ufać. 😉

  2. Mkz pisze:

    Wszystko ładnie tylko to cierpienie wcale nie jest takie proste. Zeby to zrozumiec trzeba troche pocierpiec lub potowarzyszyc cierpiacej osobie na co dzien. Dla mnie to jednak przerazające doświadczenie… Wiec tak naprawde jestem rozdwojona bo sa sytuacje w ktorych człowiek już nie da rady codziennie cierpieć fizycznie.

    • s. Ewa pisze:

      Nikt nie mówi, że jest proste… Jest właśnie bardzo trudne. Tylko można do niego podejść w dwojaki sposób. Albo się w nim pogrążyć i dać się mu przygnieść albo mocą wiary zjednoczyć się w nim z Chrystusem. Wtedy można o wiele bardziej powiedzieć, że już nie żyję ja, ale On żyje we mnie. Tu jest ta różnica. Dlatego załączam świadectwo o. Jerzego, bo to jeden z wielu przykładów jak takie cierpienie można z godnością i siłą przeżywać.

  3. tomaszhof pisze:

    Istotnie, trafiła siostra w punkt – to własnie o sens cierpienia chodzi w całej dyskusji o aborcji. Dla człowieka niewierzącego brak jest argumentów, które mogłyby go przekonać, że to wszystko ma sens – można próbować się na wartości humanistyczne, na to, że przecież każdy z nas jest taką samą istotą i każdemu z nas (tych, którzy obecnie wypowiadają się na takie tematy jak np. aborcja) dano szansę, by żyć. Niemniej, bez odnalezienia w sercu choćby iskry nadziei i wiary, takie argumenty również mogą się okazać zbyt słabe. Wtenczas pozostaje nam uszanować wolność drugiej osoby, wszak wolność to dar Boży, człowiek może powiedzieć Bogu: nie. Czasami stajemy wobec tego bezradni. Pozostaje modlitwa za tę drugą osobę.

Pozostaw odpowiedź s. Ewa Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *